Władysława Jędrzejewska o początku powstania: Wszyscy byliśmy w radosnym nastroju. Było radosne podniecenie, wisiały biało-czerwone flagi. Cieszyliśmy się wszyscy


73 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego ma również epizody i wydarzenia związane z mieszkańcami Kruszwicy. Do tej pory udało się stworzyć osiem biogramów osób zaangażowanych w wydarzenia z 1944 roku.  Jedną z uczestniczek Powstania Warszawskiego jest żyjąca do dziś Władysława Jędrzejewska, córka Henryka Makowskiego właściciela kruszwickiej winiarni.


Wybuch wojny córkę Henryka Makowskiego zastał w Kruszwicy. Miasto było wówczas niewielkie, a pracę zapewniały zakłady winiarni i cukrowni.To właśnie w nich zatrudnienie znaleźli mieszkańcy Kruszwicy i okolic.

- Wojna charakteryzowała się tym, że tam na ogół było spokojnie, ale przez to niewielkie miasto przewalały się masy uciekinierów z zachodu. Ludzie masowo uciekali wtedy wozami chłopskimi, z dobytkiem, z dziećmi – wszyscy  uciekali w popłochu przed zbliżającym się frontem niemieckim. I któregoś dnia  samorzutnie, młode osoby wtedy, na ogół harcerki, zaczęły pomagać ludziom w sensie tym, że nocowano… - wyjaśnia w rozmowie z Muzeum Powstania Warszawskiego Władysława Jędrzejewska.

Jeszcze we wrześniu 1939 roku rodzina Makowskich poza ojcem Henrykiem, twórcą Kujawskiej Wytwórni Win opuszcza Kruszwicę i udaje się do Warszawy. W stolicy tylko teoretycznie miało być bezpieczniej. W Warszawie młoda wówczas Władysława aktywnie działa w tzw. konspiracji. w jej ramach odbywa m.in. kurs przeszkolenia sanitarnego co okaże się kluczowe w czasie Powstania Warszawskiego.

- 1 sierpnia dostajemy… Ktoś przyszedł, zawiadomił komendantkę, nagle kazano nam się przenieść. Przy ulicy Fałata były wille, w jednej z nich była zorganizowana sala operacyjna, którą prowadził znany chirurg w Warszawie, profesor Loth. I myśmy stamtąd, jak zaczęły się o godzinie piątej pierwsze wystrzały, z noszami miałyśmy dwójkami wychodzić i wszystkie chciały być pierwsze. Ja pamiętam właśnie, że z „Wiśką” zgłosiłyśmy się, ciągnęłyśmy losy, zapałki, która pójdzie pierwsza, i myśmy we dwie pierwsze wybiegły - wspomina Pani Jędrzejewska.

Wspomnienia Władysławy pokrywają się z tym co o początku zbrojnego zrywu uważali inni powstańcy. Nikt nie spodziewał się tragicznej walki trwającej 63 dni.

- To takie trochę wydaje się teraz śmieszne, bo… Ale wtedy każda była pełna zapału i każda uważała, że to będzie naprawdę jakaś… nieomal dobrowolne oddawanie broni. Ale to była prawdziwa wojna,
 wtedy nie było tak różowo, jak nam się w pierwszej chwili wydawało - dodaje.

Powstańcze życie przeplatane było nie tylko walką ale również próbą normalnego życia. Do takich należały mokotowskie koncerty.

- Były chwile spokojniejsze na Mokotowie, że odbywały się jakieś koncerty. Pamiętam, że śpiewał Tadeusz Łuczaj. Wiem, Jakieś takie było radosne podniecenie, wisiały biało-czerwone flagi, wszyscy się cieszyli, oficjalnie nosiłyśmy już opaski, nosiłyśmy opaski z napisem „WSK”, Wojskowa Służba Kobiet AK.  Jeszcze nie było żadnych napisów jednostki, tylko po prostu WSK AK. I właśnie śpiewał Tadeusz Łuczaj. To były takie piosenki okupacyjne i przedwojenne. Ale wiem, że wszyscy byli w jakichś takich… w radosnym nastroju. Ja nie wiem, ja byłam może taka zbyt poważna wtedy, jak na swój wiek, w każdym razie jakoś nie umiałam się cieszyć. Ja się ciągle bałam, że to wszystko jest  takie jeszcze niepewne, jeszcze… - przypomina sobie Pani Władysława.


Wyjątkowo tragiczne okazuje się ostatnie wydarzenia związane z Powstaniem Warszawskim.Moment kapitulacji oraz wycofania się dla Władysławy Jędrzejewskiej wydał się niezrozumiały.

- Tylko że nikt wtedy nie mówił nam o jakiejś kapitulacji, ja w ogóle nie znałam tego słowa, nie mogłam zrozumieć, dlaczego nagle jakaś kapitulacja. W każdym razie była od rana już cisza, już nie było żadnych strzałów. I myśmy wiedziały, że coś się zacznie złego dziać, czyli bałyśmy się, że Niemcy wpadną, że zaczną wszystkich rozstrzeliwać. Dlatego ten komendant kazał niszczyć te emblematy związane z Powstaniem. Tam również schroniło się sporo osób cywilnych, kobiety z dziećmi. Gdzieś koło południa wpadli Niemcy i byli to na szczęście młodzi chłopcy w mundurach lotniczych, więc nie było to ani Gestapo, ani jakaś taka armia najemników niemieckich, którzy  byli najgorsi, jeśli chodzi o zetknięcie z… Wtedy komendant powiedział, że mamy wyjść – on nam wydał rozkaz, nie było to powiedziane: „Róbcie, co chcecie”, tylko: „Macie wyjść z ludnością cywilną”. Myśmy wmieszały się w ten tłum ludzi i wychodziłyśmy - wspomina rozmówca.

Po klęsce Powstania Warszawskiego Władysława Jędrzejewska trafiła do obozu jenieckiego. Obraz ruin i zniszczeń, które mijała wraz z innymi jeńcami spowodował, że była zupełnie załamana.

- Ja byłam kompletnie załamana, to znaczy nie wyobrażałam sobie, że można jeszcze dalej żyć – mi się zdawało, że to już koniec. To znaczy wydawało mi się, że cały świat powinien o tym wiedzieć, a okazuje się, że tylko Warszawa była w takim położeniu, a tutaj cały świat właściwie o tym nie wiedział. Więc dla mnie nastąpiła jakaś kompletna amnezja – ja nie pamiętałam o rodzinie, nie pamiętałam o swoich bliskich, nic. Dla mnie świat przestał istnieć. Myśmy szły jak automaty zupełnie - opowiada ze smutkiem w głosie Pani Władysława.

Władysława Jędrzejewska urodziła się w 1925 roku w Kruszwicy. W czasie Powstania Warszawskiego działała pod pseudonimem "Dziunia" w stopniu: Strzelec, funkcji: sanitariuszka jako łączniczka formacji Grupy Artyleryjskiej "Granat" Dzielnica: Mokotów. Rozmowę z mieszkającą dziś w Łodzi Władysławą przeprowadziła Barbara Pieniężna na potrzeby Archiwum Historii Mówionej Powstania Warszawskiego we wrześniu 2015 roku.  


Czytaj również: LINK
Share on Google Plus

About Przemysław Bohonos

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz