Agentka Pana Boga: Rozmowa Marcina Kowalskiego z Katarzyną Olubińską [WYWIAD]


 Bąble w jacuzzi bulgotały, a ja Go obwiniałam, że mnie zostawił, zawiódł, porzucił. Mówiłam do siebie, a tak naprawdę do Niego: „Przyjdź, uratuj mnie, nie zostawiaj samej”. I przyszedł.


Marcin Kowalski
Rozmowa z Katarzyną Olubińską

Marcin Kowalski: Bóg może przyjść w jacuzzi?
Katarzyna Olubińska*: - Może. Dla Boga nie ma ograniczeń, znajdzie cię tam, gdzie się na niego otworzysz.
Jeśli się nie otworzę to też przyjdzie?
- Mogę opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Nie jestem misjonarką.
To opowiedz.
- Nie licz na jakąś spektakularną historię nawrócenia, sensacji nie będzie. Wywodzę się z katolickiej rodziny i zawsze byłam w Kościele, albo bardzo blisko. Msza co niedziela, raz w roku, przed świętami, spowiedź.
Więc co się wydarzyło w tym jacuzzi?
- Przebudzenie. Byłam obecna w kościele ciałem, ale nie duchem. Rutyna, przyzwyczajenie, tradycja, obowiązek, nuda - te określenia najlepiej opisują moje odczucia przed duchowym przebudzeniem.
Przyjechałaś do Warszawy z niewielkiej Kruszwicy, i co?
- Stanęłam z torbą przed dworcem Centralnym, głęboko westchnęłam i powiedziałam: „Zaczynam walkę”.
O co?
- Po pierwsze – o marzenia, po drugie - sukces.
Czyli o karierę.
- Można tak to nazwać. Zamierzenia miałam ambitne, cele jasno postawione. Pracowałam już w mediach od kilku lat, jako dziennikarka prasowa w toruńskich Nowościach i telewizyjna w TVP Bydgoszcz. Wiedziałam, co chcę robić - karierę w ogólnopolskiej telewizji. I robiłam, kosztem zdrowia fizycznego i psychicznego.
To się nazywa „parcie na szkło”.
- Nie było dla mnie zadania nie do wykonania, nie było zlecenia, którego bym się nie podjęła. Perfekcjonizm i profesjonalizm stały się moją religią, a praca – bogiem. Brak jakiejkolwiek asertywności, kosztem swojego zdrowia. Wyczerpana w nocy szłam do lekarza, ale rano meldowałam się przed studiem zwarta i gotowa. Przy takim trybie życia jeszcze bardziej cierpiała dusza. Pustka, zmęczenie, przekonanie o własnej wartości o sile. Bóg? Po co mi potrzebny? Sama daję radę, wystarczy dążyć do perfekcji.
Nie wystarczy?
- Jeśli chcesz się ograniczyć do bycia robotem, być może wystarczy.
Kiedy odkryłaś, że nie chcesz?
- Właśnie w tym nieszczęsnym, albo raczej szczęsnym, jacuzzi (śmiech). To był Wielki Tydzień. Chwila spokoju, świetny czas na krótki urlop, pojechałam na Mazury do spa, żeby naładować akumulatory. To, co się działo akurat w liturgii, niewiele mnie interesowało. Chciałam resetu, masaży, maseczek na ciało, a nie umartwienia, rekolekcji. Taka byłam - zabijałam pustkę zabiegami i zakupami. Do pewnego momentu wystarczało. Ubrania i buty nie mieściły się w szafie, dokładałam jednak kolejne, po to, by wmówić sobie, że posiadam coś wartościowego. Podobnie z zabiegami - na chwilę poprawiały samopoczucie. Dzisiaj wiem, że dawały substytut szczęścia.

Weszłaś do tego jacuzzi, i co?
- Sensacji nie będzie (śmiech). Pustka. Ciemność. Przeraźliwe nic. Świadomość, że wszyscy wokół widzą mnie inną, niż jestem w rzeczywistości. Kasia w ich oczach - kolorowa, szczęśliwa, wyrwała się z małego miasta do stolicy, zrobiła karierę. Ma pieniądze, fajnego chłopaka, występuje w TV, jeździ na egzotyczne wakacje. Rodzina jest dumna, świat legł u jej stóp.
Jaka była Kasia naprawdę?
- Smutna i szara. Ze świadomością, że jestem nikim. Niedosyt, permanentny niedosyt. Ciągle mało, ciągle niezadowolona, poszukująca, dążąca do czegoś, nie wiadomo do czego? Samotna, przeraźliwie samotna. Przerażona swoją bezradnością. Co z tym zrobić? Przyznać się, że sobie nie radzę? Przecież świat miał być u mych stóp. I teraz co?
No właśnie: co?
- Znalazłam winnego. Boga. Bąble bulgotały, a ja Go obwiniałam. Że mnie zostawił, zawiódł, porzucił. Byłam mu wierna, tak naprawdę nigdy nie odeszłam, chociaż wielu moich rówieśników, przyjaciół, znajomych z pracy, dawno z Nim zerwało. Ja nigdy nie przestałam wierzyć, chodzić do kościoła, komunii, spowiedzi. I teraz leżę w tym jacuzzi, jest Wielka Środa, i czuję pustkę. Przyznaję się przed sobą: „Przegrałam”. Mówiłam do siebie, a tak naprawdę do Niego: „Przyjdź, uratuj mnie, nie zostawiaj samej”.
I posłuchał?
- Posłuchał. Chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Drzewa szumiały za oknem, a ja w grubym szlafroku leżałam na łóżku i wpatrywałam się w sufit. Ciszę przerwał dźwięk telefonu. To koleżanka, Krysia, zaprosiła mnie na rekolekcje do swojej parafii w Warszawie.
Tak ni z gruszki, ni z pietruszki?
- Dokładnie. Szok, przecież nie spodziewałam się tego telefonu. Powiedziała, że poczuła impuls. Dzisiaj obie wiemy, skąd ten impuls się wziął. „Panie przyjdź, uratuj mnie.” Przyszedł.
Od razu wsiadłaś w samochód i pognałaś do Warszawy?
- Na łeb, na szyję. Serce mi waliło, ciekawość zżerała, nie pamiętam drogi. Byłam jak w transie, jakbym jechała na pierwszą randkę. Oczywiście się spóźniłam, mszę odprawiał salezjanin ks. Maciej Sarbinowski. Mówił o Duchu Świętym, że to On ratuje zbłąkane dusze. Później były świadectwa. Słuchałam ludzi z historią podobną do mojej. Byli niby w Kościele, ale obok. Aż coś się podziało w ich życiu i wiara ożyła. Moje ciało reagowało na te słowa drżeniem. Trzęsłam się, jakbym miała umrzeć. Kiedy ksiądz przechodził obok, złapałam go za rękaw sutanny i wyrzuciłam z siebie: „Niech mnie ksiądz ratuje!” Zaczął się nade mną modlić. Niewiele pamiętam, ocknęłam się na ziemi, jakbym zemdlała, straciła przytomność. Odepchnęłam księdza, coś mnie w środku parzyło. Ocknęłam się po dłuższej chwili. Ksiądz Maciej klęczał nade mną. Zapytał, czy wszystko w porządku.
Było w porządku?
- Poczułam spokój. Później się dowiedziałam, że Duch Święty czasem tak działa, daje widoczny znak. Rekolekcje, na które dojechałam ze spa, miały swoją nazwę: „Dziewczynko, mówię Ci, wstań”. Słowa Jezusa z Biblii wypowiedziane do zmarłego dziecka. Wtedy, w Warszawie, wypowiedział je do mnie. Byłam, jak umarła. Powstałam.
Co się zmieniło?
- Wszystko i nic. Ciągle szukasz sensacji (śmiech). A nawrócenie to nie sensacja, tylko proces, żmudna, niekończąca się praca, bez fajerwerków. Mogę to porównać do światła, które ktoś zapalił w ciemnym pokoju. Życie toczy się dalej, jak się toczyło, jednak już nie w ciemności. Dzisiaj wiele rzeczy w koło siebie dostrzegam, wczoraj przechodziłam obok nich obojętnie
Na przykład?
- Wiem, ile czasu traciłam na czynności nieistotne. A tego, co ważne, zupełnie tego nie dostrzegałam. Nie chcę wgłębiać się w szczegóły swojego życia, nie o to chodzi. Proste sprawy - codzienna refleksja, modlitwa, więcej czasu dla siebie i innych. Świadome podejmowanie decyzji, nie z automatu. Pokorne wsłuchiwanie się w drugiego człowieka, bez użalania nad sobą. Pojechałam do przyjaciółki ze studiów do Torunia. Razem zarabiałyśmy jako hostessy w markecie, godzinami zachwalałyśmy jogurty. Później każda poszła w swoją stronę. Ja w świat mediów, ona została żoną, matką trójki wspaniałych dzieci. Los tak sprawił, że zachorowała, ma problemy z chodzeniem. Porusza się na wózku. Czasem robimy sobie dzień księżniczek. Robimy się na bóstwa, ruszamy w miasto. Kawiarnia, kino, sklepy. W jednej z restauracji nie było podjazdu do wózka. Znaleźli się jacyś panowie, którzy po prostu wnieśli Asię na rękach, od firmy dostałyśmy w prezencie po kieliszku szampana. Celebrowanie życia pełną gębą, czyli coś, o czym my, w pełni sprawni, tak często zapominamy.
Mówisz głośno o swojej przemianie.
- A dlaczego nie? Dzieją się piękne rzeczy, czasem mam potrzebę, żeby to wykrzyczeć. Takie historie obserwuje też codziennie dookoła mnie, postanowiłam je spisać
I jak reaguje na ten krzyk twoje otoczenie?
- Różnie, a szczerze mówiąc, niewiele się tym przejmuję. Niektórzy milczą, inni się pewnie podśmiechują, jeszcze inni chcą pogadać. Jak to w życiu.
Nazywają cię „Hołownią w spódnicy”.
- Nie lubię tego. Jestem Kasią Olubińską, owszem, często w spódnicy (śmiech). Dominikanin ojciec Krzysztof Pałys mówi o mnie „agentka Pana Boga”. To określenie dużo bardziej pasuje.
Agentka w TVN.
- Bardzo mi tam dobrze. W czymś widzisz problem?
Nie, zastanawiam się tylko, jak to jest ewangelizować w stacji, przez wielu uważanej za dzieło szatana.
- Myślisz, że szatan upodobał sobie TVN? A TVP i Polsat omija? (śmiech). Nie potwierdzam (śmiech). Poważnie mówiąc - dookoła mnie są ludzie wierzący, niewierzący, poszukujący, różnych wyzwań i umiemy z szacunkiem ze sobą rozmawiać. Można się różnić i szanować. Praca jest dla mnie wielką pasją i nie mam odczucia, że wykonując ją najlepiej jak potrafię, nie mogę być sobą. Mogę! Jestem wolna. Nikt mi nie każe mówić czegoś, co by mnie ograniczało, było wbrew moim przekonaniom. Mało tego - dzięki temu, co robię zawodowo, z wieloma ludźmi, już na niwie prywatnej, rozmawiam o Bogu.
Z tych rozmów powstał blog „Bóg w wielkim mieście”, a ostatnio książka.
- Uprzedzę kolejne pytanie: Bardzo lubię serial „Seks w wielkim mieście” i nazwa bloga ma z tym związek (śmiech).
Co takiego fajnego jest w tym serialu?
- Kolorowy świat, który dziewczyny z takich miast, jak moja Kruszwica, zawsze pasjonował. Wydawał się niedostępny, fascynujący, odległy.
Ty w niego wtargnęłaś.
- Bez przesady, byłam raczej na obrzeżach, ale na pewno posmakowałam.
Słowo „seks” zamieniłaś na „Bóg”.
- Gra słów. Pierwszą rozmowę o Bogu przeprowadziłam z Izą Miko, aktorką która mieszka w Los Angeles. Napisałam w książce: „Jest dla mnie mistrzynią chodzenia z Bogiem! Pyta Jezusa o wszystko, nawet jaką sukienkę założyć danego dnia i czy przyjąć rolę, czy też z niej zrezygnować.”
I myślisz, że jej odpowiada?
- Oczywiście! Bóg jest blisko, interesujemy go my, jako jego dzieci, z codziennością, a nie tylko wielkimi sprawami. Zresztą pojęcie wielkiej sprawy jest subiektywne, względne (śmiech).
Sebastian Fabijański, aktor grający bezwzględnych bandziorów, wyznał Tobie, że Bóg, patrząc na niego, z politowaniem kiwa głową.

- Ale też dodał, że jest światłością w dzisiejszym pędzącym świecie korporacji, wieżowców, centrów handlowych. Sebastiana spotkałam w kościele, przyznam szczerze, że byłam zaskoczona, postrzegałam go podobnie jak ty, przez pryzmat ról w filmach. Okazał się człowiekiem poszukującym, ciekawym, twardym, bardzo wrażliwym.
A jak skomentujesz słowa swojej koleżanki z TVN Karoliny Korwin-Piotrowskiej, która skrytykowała religijne coming outy aktorów i celebrytów? „Fałsz na kilometr” - napisała.
- Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. Jestem po to, żeby wysłuchać, porozmawiać, jeśli ktoś chce się otworzyć. Moją rolą nie jest odgadywanie cudzych intencji. Wolę doceniać, zamiast oceniać i będę mówić, bo wiara rodzi się ze słuchania.
Koledzy z TVN nie pytają cię o twój stosunek do aborcji, eutanazji, in vitro?
- Co to kogo obchodzi? Jestem katoliczką, mam świadczyć swoim życiem, a nie rozpętywaniem ideologicznych wojenek. I tak staram się postępować.
Zdarza się, że ktoś sam prosi cię o rozmowę o Bogu?
- Tak, po wydaniu książki coraz częściej.
I co wtedy?
- Opowiadam to samo, co Tobie. Jak Bóg zmienił moje życie.
Nie masz wątpliwości, że zmartwychwstał?
- Najmniejszych. Zmartwychwstał i żyje. Z Nim nie ma sytuacji bez wyjścia, doświadczam tego każdego dnia. Ty nie?
To ja miałem pytać.
- Zapomniałeś, że jestem agentką Pana Boga (śmiech) Jeśli nie chcesz mi zaufać, zaufaj Jemu. Warto dać się poprowadzić.





Katarzyna Olubińska – dziennikarka „Dzień dobry TVN”, autorka cyklu „Kobieta w religiach świata”, prowadzi bloga „Bóg w wielkim mieście”. Właśnie wydała książkę o tym samym tytule, w której rozmawia z gwiazdami o Bogu i dzieli się doświadczeniem wiary dziś. Prywatnie żeglarka. Pochodzi z Kruszwicy. 

Książka „Bóg w wielkim mieście” to zapis rozmów z gwiazdami (wymienić można nazwiska” o ich doświadczeniu wiary na co dzień, bliskie rozmowy o sprawach najważniejszych i zmysłowa opowieść o życiu z Bogiem w codzienności wielkiego miasta. 

zdjęcia:Tola Martyna Piotrowska

Share on Google Plus

About Przemysław Bohonos

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz