Krystyna Pietrzak: Niemka miała nas uczyć pisać i mówić po niemiecku, biła nas po rękach trzciną, gnębiła psychicznie



Z Krystyną Pietrzak rozmawia Bartłomiej Grabowski. Córka Tadeusza i Salomei urodziła się w 1934 roku i doskonale pamięta czasy II wojny światowej.Zapis tej rozmowy poniżej.



Pani Krystyna była zmuszona jako dziecko do pracy przymusowej między innymi w Polanowicach, gdzie skierował ją niemiecki Arbeitsamt – urząd pracy zadaniem którego było werbowanie Polaków do pracy w miejscowych zakładach, rolnictwie lub też wysyłaniu ich do pracy w Rzeszy. Niemiecki urząd pracy działał w Kruszwicy od 26 VIII 1940 r. wysłał do pracy w Niemczech około 800 kruszwiczan, 220 znalazło się na liście do zlikwidowania, z tego 120 trafiło do obozów koncentracyjnych.

„Niemka miała nas uczyć pisać i mówić po niemiecku, biła nas po rękach trzciną, gnębiła psychicznie...”

- Jak Niemcy weszli do Kruszwicy w 1939 r., my dzieci chodziliśmy do „szkoły”, do Sławska Wielkiego, Łagiewnik, na Zagople i na Bródzki, Kruszwica podzielona była na cztery części. Ja chodziłam do Sławska, ale nie długo, gdy tylko skończyłam 7 lat. W Sławsku była nauczycielka, jej wizerunek zapisał mnie się w pamięci. Rudowłosa nauczycielka - Niemka miała nas uczyć pisać i mówić po niemiecku, biła nas po rękach trzciną, gnębiła psychicznie, przy czym świetnie bawiła się z odwiedzającymi ją gestapowcami, a nam kazała siedzieć cicho. To bardzo przykre przeżycia. Chodziliśmy z Kruszwicy do Sławka pieszo i ze Sławska z powrotem do Kruszwicy także na własnych nogach. W zasadzie nie uczyliśmy się, tylko pracowaliśmy. Przyjeżdżał po nas wóz i wywoził nas do Polanowic na pola, a także do Łagiewnik daleko w pole, gdzie spędzaliśmy od 4 do 6 godzin, tylko na kawie i kawałku chleba przez cały ten czas. Każdy dostał po dwie radliny i „przerywał buraki”. Pilnował nas z trzciną w ręku tzw. „Wudasz”, chodził w butach oficerkach i nie pozwolił na to byśmy sobie coś z pola zabrali, gdy zauważył coś podejrzanego to wzywał, jak źle „przerwane” to bił i kazał poprawić – wspomina p. Krystyna Pietrzak czasy dzieciństwa. Prócz buraków stawialiśmy również snopki zboża. Jeździła maszyna i cięła zboże, myśmy stawiali snopki i wiązali; pieliliśmy również pola z chwastów.

„Nigdy się nie podczołgiwałem, bo Ci co jedli te kości wszyscy poumierali”

- Ojciec Tadeusz pracował w Cukrowni Kruszwickiej jako „śrubownik”, jak następowała jakaś awaria to zajmował się naprawą, tą samą pracę wykonywał jego ojciec Piotr. Tata uczył się już od dziecka pracy przy maszynach cukrowniczych, gdy skończył 18 lat przejął pracą po dziadku. Ojciec był obchodowym, złotą rączką, czasem nie zatrzymywano nawet produkcji i musiał dokonywać naprawy przy działającej maszynie. Kiedyś robił obchód przy ostojnikach, którymi odpływały za cmentarz odpady, ojciec poszedł sprawdzić czy rury się nie zapchały. Niemcy w okolicy cmentarza złapali kruszwiczanina na łapaniu bażantów, ten oskarżył tatę o to, że zakłada sidła. Do domu przyszło Gestapo z rewizją. Nie znaleźli nic podejrzanego, mimo to wywieźli mężczyznę do Inowrocławia do siedziby Gestapo, gdzie powiedział, że ojciec kłusował, przysięgał na krucyfiks, że widzi jak ojciec – Tadeusz Urbański - zdejmuje z sideł bażanta. Tata został niesłusznie skazany na 8 miesięcy i osadzony we Wronkach, sąd był bezlitosny nie interesowało ich, że nie ma dowodów (było to w połowie wojny). Kruszwiczanin, który wskazał ojca aby ratować własne życie uniknął kary. W więzieniu panował głód, czasem niemieccy strażnicy rzucili na pawlaczu kilka kości aby nakarmić psy. Więźniowie podczołgiwali się i obgryzali kości, ale nie robił tego mój tata Tadeusz, w ten sposób ocalił życie, zepsute kości doprowadziły do śmierci wszystkich więźniów, którzy zjedli zepsute mięso – ze wzruszeniem opowiada p. Krystyna. Wrócił do Kruszwicy wygłodzony i chory, myśleliśmy, że umrze. Nie mógł podejść wycieńczony pod schody. Oczywiście byli też w Kruszwicy i dobrzy ludzie tacy jak p. Wieczorkiewicz, kierownik warsztatu taty z Cukrowni. W czasie, gdy ojciec był w więzieniu we Wronkach, to p. Wieczorkiewicz i wszyscy pracownicy z warsztatów, na których był tata, składali się i oddawali część swojej wypłaty mojej mamie, była to równowartość pensji jaką otrzymywał tata kiedy pracował. Ich dobroć pozwoliła przetrwać mojej rodzinie w tych trudnych, wojennych czasach. Wieczorkiewicz odwiedził moją rodzinę, gdy wrócił tata, po czym przyjął ojca do pracy ponownie na to samo stanowisko. Byliśmy wdzięczni p. Wieczorkiewiczowi za zorganizowanie pomocy naszej rodzinie, w każdym miesiącu inny kolega przynosił nam pieniążki, przez całe 8 miesięcy pobytu taty w więzieniu.

Kruszwica po wojnie

Przedwojenna Kruszwica była piękna, często spacerowaliśmy nad brzegami Gopła, na letnisku. Na rynku stał piękny ewangelicki kościół, ale nie miałam okazji zobaczyć jak wygląda wnętrze. Po wojnie mieszkańcy, za zgodą Urzędu Miejskiego rozebrali kościół i pobudowali domy. Po wojnie pracowałam – kontynuuje opowieść p. Krystyna – najpierw miałam warsztaty u p. Ramsztajna, potem u p. Formańskich na taśmie jako krawcowa, jestem wyuczoną krawcową 3 lata trwała moja praktyka. Po wojnie pracowałam w zakładzie krawieckim w Mątwach, przy Zakładach Sodowych. Byłam „spodniarką” dobrze spodnie szyłam, to była „miarówka”. W Kruszwicy działało rybołówstwo, działała mleczarnia, rzeźnia, piekarnia, zakłady cukrowniczy i winiarnia po Makowskim, na Kasprowicza była rozlewania GS piwa i oranżady. Ślub brałam w Kolegiacie w Kruszwicy w grudniu 1956 r. Wyszłam za Stefana Pietrzaka piłkarza naszego „Gopła”. Jeszcze jako panna chodziłam na mecze, mój tata po wojnie kierował zespołem, a brat Janusz grał w zespole w latach 50-tych.

Fot. zespół Gopło Kruszwica 1950 r.


Góra stoją: Siedzą:
1. Wojtek Nadzieja 
2. Jańczak 2. Świątek
3. Pieńczewski 
4. Koziński 
5. Siudziński „Biniol”
6. Leon Linowski „Leoś”
7. Janusz Urbański (brat p. Krystyny Pietrzak)
8. Zdzisław Siudziński - bramkarz
9. Tadeusz Urbański

Siedzą:
1. Jerzy Uklejewski
2. Świątek
3. Stefan Pietrzak (mąż p. Krystyny)

Pani Krystyna Pietrzak doczekała się prawnuków. Ma ponad 80 lat, udziela się w Kruszwickim Klubie Seniorów, a także występuje w zespole folklorystycznym w Kruszwicy, jeździ z koleżankami na przeglądy zespołów folklorystycznych wspólnie zdobyły wiele nagród i wyróżnień. W imieniu Nadgoplańskiego Towarzystwa Historycznego dziękujemy za rozmowę i wzruszającą historię wojenną, życzymy jeszcze więcej sukcesów w zespole.

Opracowanie Bartłomiej Grabowski, rozmowa z p. Krystyną Pietrzak krawcową i artystką z Kruszwicy 19.11.2016 r.
Share on Google Plus

About Przemysław Bohonos

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. No i ja bardzo wzruszyłem się opowiadaniem Pani Krystyny. Dodam jeszcze, że jak Pani Krystyna pracowała w warsztacie krawieckim przy Zakładach Sodowych w Mątwach, to kierownikiem tego warsztatu był mój ojciec Jan Gościniak. Przypominam sobie pewną zabawną historyjkę z tego okresu, a mianowicie; pojechałem z tatą do pracy (mama była w szpitalu) i kiedy tata w jakiejś sprawie poszedł do biura, ja bawiłem się w okolicy warsztatu. Byłem bardzo ciekawski i wdrapałem się na wał za którym rozciągało się białe "morze". Było to jednak wapno. Ciekawość moja nie dała mi spokoju i wszedłem w to wapno. Na szczęście zdołałem się z wygramolić i z płaczem wróciłem do warsztatu. Kiedy zobaczyli mnie pracownicy (być może i Pani Krystyna), w jakim ja jestem stanie, natychmiast przystąpili do działania i z resztek materiału uszyli mi nowe spodenki i marynarkę. Zdążyli zrobić to przed powrotem taty. Tata zrobił duże oczy, kiedy zobaczył mnie w nowym ubranku, ale nie dowiedział się o tym, jak zniszczyłem poprzednie. No i dobrze, bo prawdopodobnie dostał bym manto. Dobrze, że wszystko skończyło się szczęśliwie. Bardzo serdecznie pragnę za Waszym pośrednictwem pozdrowić szanowną Panią Krystynę. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń