Kruszwica będzie uboższa

W niedzielę 28 sierpnia pożegnano oddział Zgromadzenia zakonnego Sióstr Elżbietanek, które od 1920 działały w Kruszwicy. Felieton z tej okazji napisał Marcin Kowalski - kruszwiczanin, dziennikarz, autor książek.

 

Siostra zakonna? Elżbietanka. Imię? Jedno z dwóch - Teofana albo Tymotea (nigdy więcej nie spotkałem kobiet o takich imionach). Klasztor? Niewielki, urokliwy domek, okryty tajemnicą, wizyty w nim z reguły kończyły się przed drzwiami, ewentualnie - w niewielkim korytarzu. Pierwsza ławka w kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus? Należy do sióstr. Jeśli któryś z wiernych usiadł na ich miejscach, znaczyło, że przyjezdny. Wszystkich Świętych na cmentarzu? Nie może zabraknąć znicza dla Elżbietanek. Trzeba go zapalić na zbiorowym grobie, przystanąć, chwilę wspomnieć. 

Były w Kruszwicy od zawsze kiedy pamiętam, więc wkomponowały się w mój miejski krajobraz jak Bazylika, Mysia Wieża, Gopło, Rusałka i Cypel. Najbliżej poznałem siostrę Teofanę, uczyła mnie religii. Jednak pierwszy kontakt z zakonnicą, to spotkanie z siostrą Tymoteą. Przyszła do naszego mieszkania przy Dworcowej, poproszona przez mamę, żeby postawić mi bańki. Miałem może pięć lat, bałem się niemiłosiernie, bo przecież bańki to żywy ogień! Siostra była kochana, tylko sobie znanym sposobem ułagodziła mnie, łobuza, i przystąpiła do dzieła. Później, kiedykolwiek przemykała przez kruszwickie ulice ze swoją wielką torbą, byłem pewien, że idzie ratować jakiegoś przeziębionego nieszczęśnika, rozpalić na jego plecach ogień. 

Na katechezie z siostrą Teofaną też szedł ogień, zupełnie innego rodzaju. Kiedy mama prowadziła mnie na pierwszą w życiu religię do salki, nasłuchałem się oczywiście miejskich legend, co nas tam ma rzekomo czekać. Głównym siewcą grozy był sąsiad z góry, starszy o dwa lata. Opowiadał nam, przestraszonym pierwszakom, jak to siostra Teofana oberwała u nich na religii z gałązek całą wierzbę, żeby tymi witkami bić niegrzeczne dzieci. Trzęsłem się więc ze strachu jak osika, ale na naszych katechezach siostra nigdy nie zerwała żadnej witki. Była stanowcza, czasem ostra, radykalna i zasadnicza, jednak gdzieś pod tą powierzchownością krył się człowiek wrażliwy, o wielkim sercu. Doświadczyłem tej życzliwości wielokrotnie, choć nasze drogi daleko się rozeszły. 

Po latach, już jako ekipa nastoletnich-zbuntowanych, spędzaliśmy popołudnia na murku w okolicach klasztorku Elżbietanek i nie byliśmy świętoszkami. Dla nas to nie był murek przy Świerczewskiego (później Niepodległości,) nie był to murek obok prezydium, nie był to murek przy USC. Dla nas to był murek koło sióstr. I tylko w ten sposób go nazywaliśmy.  A siostra Teofana nigdy się do nas, swoich dawnych uczniów, nie odwróciła plecami. 

Prawie sto lat historii kruszwickich Elżbietanek właśnie dobiegło końca. Nieważne, z jakich przyczyn: siostry zostaną przeniesione do domu zakonnego w Łopiennie, kruszwicki klasztorek pewnie pójdzie pod młotek.  Wielki żal, Kruszwica bez sióstr będzie zwyczajnie uboższa. 

Ps. Przygotowując się do napisania tego felietonu trafiłem na stronę wiadomosci.sierakowice.pl, a tam archiwalny tekst o siostrze Tymotei z 1993 roku. Okazją była 91 rocznica urodzin zakonnicy. Jako najpiękniejszy czas swojego życia wspominała lata powojenne spędzone w Gnieźnie. Opiekowała się wtedy ciężko chorymi ludźmi w ich mieszkaniach. 

Marcin Kowalski- kruszwiczanin, dziennikarz, autor książek.

Share on Google Plus

About Admin

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz