Refleksyjne wspomnienia nad Kruszwicą. Krzysztof Łabenda o prastarej stolicy

Skutki chwilowego dysponowania wolnym czasem bywają przeróżne. Dla mnie okazały się wielce pożyteczne. Najnowsza moja powieść („Kleszcz”) właśnie wchodzi na rynek, na uczelni mam przerwę międzysemestralną. Nic, tylko buszować w Internecie. Tak właśnie natrafiłem na to miejsce w sieci, które ktoś nazwał „Moja Kruszwica”.

 

Dobry Boże! Przecież i ja mam swoją Kruszwicę. Od lat spoczywa w zakamarkach mojej pamięci. Czasami na chwilę wyglądała na światło dzienne, by pojawić się np. na kartach mojej powieści („Wzgórze Młynarza” https://www.facebook.com/pages/Wzg%C3%B3rze-m%C5%82ynarza-Krzysztof-Piotr-%C5%81abenda/666306170142721), ale głównie czekała. Czekała na taki dzień, jak ten właśnie, kiedy będzie mogła zalać mnie falą nostalgicznych wspomnień.

Opowiem Wam zatem, jeśli chcecie i pozwolicie, o mojej Kruszwicy i będzie to bardziej opowieść o zwykłych ludziach, którzy tu żyli i to miejsce, tak jak wszyscy tworzyli, a mniej o samym miejscu. Opowiem Wam o mojej rodzinie.

Moja Kruszwica zaczyna się na długo przed tym nim przyszedłem na świat, ba, na długo przed tym nim na tym świecie pojawili się moi rodzice. Moja Kruszwica ma swój początek w roku 1896, kiedy to w tym miasteczku wziął w płuca swój pierwszy haust czystego nadgoplańskiego powietrza, a później się, tak jak każdy noworodek, rozpłakał mój dziadek – Szczepan Szablewski.

Jest rok 1916. Mój dziadek przymusowo obleczony, tak jak dziesiątki i setki tysięcy innych wykonawców i zarazem ofiar zbrodniczego planu Ericha von Falkenhayn’a, w przemoknięty, brudny, śmierdzący mundur feldgrau, zalega w okopie pod Verdun. Ten młody żołnierz o trudnym do wymówienia przez niemieckiego dowódcę imieniu i nazwisku wbrew własnej woli zmuszony jest toczyć bezsensowną walkę o każdy metr błota, o każdy kikut drzewa po wielokroć łamanego odłamkami pocisków, o rozbite schrony czy potrzaskane tabory. Verdun to miejsce, gdzie chłopcy szybko dorośleją i jeśli nie giną, to w większości stają się kalekami. Nie tylko fizycznymi, ale i – co gorsza – psychicznymi. Stają się, jak pisał Remarque „pokoleniem zniszczonym przez wojnę, choć uniknęło jej granatów”.

Dookoła gefrejtra Szczepana marzącego o tym, by przeżyć to piekło i jak najszybciej wrócić do swojej ukochanej Kruszwicy, leżą trupy jego kolegów. Nikt nie ma czasu ani odwagi by je grzebać. Czasem są użyteczne. Wydzielają co prawda ohydną woń rozkładu, ale mogą ochronić przed kulą nieprzyjaciela. Tym razem martwi koledzy nie do końca dobrze się spisali. A może jednak? Jakiś Jean Dupon, Maurice Leblanc czy Charles Borowsky ulokowany w okopie po stronie francuskiej odciągnął zamek, wprowadził nabój do komory, przyłożył kolbę karabinu do policzka, wycelował w Szczepana Szablewskiego (a może zupełnie nie celował) i wstrzymawszy oddech pociągnął za spust. Wypuszczona na wolność, rozpędzona płonącymi gazami kula pomknęła w kierunku dziadka i rozorała mu przedramię. 

Oczyma wyobraźni widzę tą kulę, patrzę na nią z czułością tak jak ze swoistą czułością myślę o tym nieznajomym, który ją wystrzelił. Dzięki żeś chybił, zadając co prawda bolesną i trudno gojącą się, ale za to odsyłającą dziadka za linię frontu, ranę. Dzięki zatem za to, że brak twojej precyzji, zmęczenie, gwałtowny i silny podmuch wiatru podrywający z ziemi tuman trupiego odoru, a może mimowolny ruch dziadka, sprawiły, że wiele lat później mogłem pojawić się na Ziemi i teraz mogę zagłębiać się w swojej pamięci.

Dzięki ci, kulo, że raniąc gefrajtra Szczepana sprawiłaś, że gdzieś tam - może w Berlinie, a może w bunkrze tuż obok tego okopu, gdzie wszystko to się rozegrało, zadecydowano, że przelana przymusowo za Rzeszę polska krew zasługuje na nagrodę. To ty, kulo wystrzelona przez nieznanego żołnierza ubranego we francuski mundur, zawiesiłaś na piersi mojego dziadka „wojskowy krzyż za rany”. 

Oprócz tego odznaczenia w domu Szczepana Szablewskiego, który szczęśliwie z tej wojny powrócił, pojawił się też, jako swego rodzaju trofeum wojenne- ukryty w pochwie solidnych rozmiarów bagnet. Przez lata, aż do roku 1939, kiedy to w Kruszwicy pojawili się hitlerowcy, leżał ten bagnet na kaflowym piecu ogrzewającym mieszkanie przy Fabrycznej 1, gdzie mieszkał pracujący do końca swoich dni jako spawacz w miejscowej cukrowni, dziadek Szczepan. Na podwórku przy Fabrycznej stała nieczynna już studnia z pompą. To do niej Szczepan Szablewski wrzucił swój bagnet. Nim hitlerowcy zawitali do miasteczka Szczepan Szablewski porzucił stan kawalerski i pojął za żonę Leokadię Degórską, siostrę Ignacego – Powstańca Wielkopolskiego. Ich miłość zaowocowała także i tym, że populacja kruszwiczan wzrosła o cztery osoby.

To podwórko i mieszkanie przy ulicy Fabrycznej 1 zapamiętałem doskonale.

Śmierdzące, brudne, małe. Do tego wielki śmietnik wiecznie oblepiony rojem, spasionych zielonych much o stalowym połysku, o których tu się mówi „bromery”. Przełamawszy strach i wstręt do wydobywającego się z tej budowli smrodu wdrapywaliśmy się czasem z moim, ledwo o cztery dni starszym, kuzynem na szczyt tej wieży fetoru by wspinając się na palce zerwać kilka jabłek z drzewa rosnącego na sąsiedniej posesji, tuż przy granicznym płocie. Jabłka były paskudne, twarde niczym kamienie i cierpkie, tak że miało się wrażenie iż szkliwo zębów rozpuszcza się w ich kwaśnym soku. Nie mogły smakować inaczej w czerwcu czy lipcu jeśli dojrzałość osiągały we wrześniu czy październiku. Wszak były to „zimówki”. Smród rozkładającej się zawartości śmietnika mieszał się z odorem szamb zajmujących całą długość podwórka wraz z komórkami na węgiel. Mieszkania przy Fabrycznej już przed wojną miały zimną wodę, ale nie miały łazienek i ubikacji. Ubikacją, zwłaszcza wieczorem i w nocy, było wiadro stojące w kuchni przy drzwiach, tuż obok żeliwnego zlewu.

Bieganie po nocy z ostatniego piętra i powrót na nie tylko po to by się wysikać było zwyczajnie bez sensu. To, że to wiadro poprzez swoją zawartość miało wyczuwalny udział w specyficznym zapachu tego mieszkania nikomu nie przeszkadzało. Całe te moje kruszwickie, najczęściej wakacyjne, pobyty na Fabrycznej są naznaczone mocnymi zapachami. Już na powitanie mroczna klatka schodowa ze stromymi skrzypiącymi drewnianymi schodami prezentowała mi swoją woń kurzu i mydlin pozostających po praniu, którymi co piątek szorowano te schody. Gdzieś w zakamarkach snuł się też koci fetor – czytelny sygnał dla myszy oznajmiający im, że wkraczają na niebezpieczne terytorium. Półpiętra wabiły lub odpychały kuchennymi woniami sączącymi się wąskimi strumykami spod nieszczelnych drzwi. Kapusta, kalafior, ryby wyciągnięte rano z Gopła, które było o rzut beretem od Fabrycznej, to zapachy dnia powszedniego. W niedziele i święta na korytarzu pojawiały się nobliwe wonie mięsa pieczonego lub duszonego w żeliwnych brytfannach. Kury, kaczki, wieprzowina, czasem od wielkiego dzwonu zrazy wołowe, przy których aromat mięsa walczył o lepszą pozycję z zapachem suszonych grzybów jakimi te zrazy nadziano. 

Mieszkanie dziadków usytuowane na poddaszu miało także swój specyficzny aromat, zmieniający się w zależności od pory dnia. Rano, tuż po przebudzeniu witało mnie skisłym zapachem przepoconej po letniej nocy pościeli i przetrawionego płucami śpiących powietrza, czasem zmieszanego z wcale nie delikatną nutą zbyt późno wyniesionego wiadra z uryną. Wietrzenie pokoju, któremu zawsze towarzyszyło wyjątkowe natężenie uwagi dorosłych, szybko wypełniało pomieszczenie będące sypialnią , salonem i czym tylko chciano, świeżym powietrzem z ulicy, gdzie samochód pojawiał się średnio raz na dwie godziny, a rower i furmanka były podstawowy środkiem lokomocji. Do ośrodka zdrowia, który mogliśmy obserwować z okna pokoju przychodzono jednak najczęściej na piechotę. Owo zwiększone natężenie uwagi wynikało z faktu, że okna pokoju i kuchni usytuowane były na poziomie podłogi. Wyglądanie przez nie było przeto możliwe tylko wówczas, gdy się leżało na brzuchu na tejże podłodze. Życie w mieszkaniu na Fabrycznej, poza snem, koncentrowało się w kuchni, a ta rankiem, już po wietrzeniu, pachniała delikatnie ciepłymi bułkami przyniesionymi właśnie z piekarni, kawą zbożową z dodatkiem cykorii parzona w emaliowanym na czerwono i nieco poobijanym czajniku, leberką czy serem limburskim. Pora obiadowa wypełniała kuchnię i pokój zapachem zawartości garnków, który pod wieczór ustępował miejsca woni papierosów wypalanych przez mężczyzn. Wszystkie te, aromaty i smrody mieszały się z zapachem pieca kuchennego, gdzie nieustannie niczym w starożytnej świątyni płonął lub przynajmniej tlił się ogień.

Ciemne, duszne mieszkanie z owymi niebezpiecznymi oknami wymuszało przebywanie dzieci poza domem, na podwórku. W swoich zabawach wybieraliśmy tę jego część, która choć trochę była oddalona od mdlącego fetoru śmietnika i szamb. Tam centralnym punktem była „wieża” ze zużytych podkładów kolejowych. Te szwele oczekiwały na dzień, w którym ktoś je pożoguje na kawałki mieszczące się w piecu. Tam pachniało drewnem rozgrzanym słońcem, ksylamitem czy smołą, jaką te kolejowe podkłady kiedyś konserwowano i drzemiącym w nich jeszcze wspomnieniem rozgrzanego metalu szyn. To miejsce prostych dziecięcych zabaw pachniało także krwią, bowiem owe drewniane bale pozbawione roli podkładów kolejowych, misji przepustek do wielkiego świata, stały się teraz szafotem domowego ptactwa. To tu mój dziadek Szczepan pozbawiał życia kupione wcześniej przez babcię na rynku kaczki, kury, a także – w okolicach Bożego Narodzenia – gęsi. Egzekucji tych ostatnich nie pamiętam, ale kacze czy kurze śmierci tak. 

Skazańcy oczekiwali na wykonanie wyroku albo w piwnicy, albo w komórce usytuowanej w końcu podwórka i opuszczali to miejsce tuż przed egzekucją bez świadomości, że dana im chwila swobody jest jedną z ostatnich w ich krótkim życiu. Dziadek był zawsze starannie przygotowany do wykonania katowskiego zadania. Ostra siekiera – to dla kur i dobrze naostrzony nóż oraz wyszczerbiony fajansowy kubek z niewielką ilością octu na dnie – to dla kaczek. Mistrz ceremonii okrywał się jakimś starym fartuchem chroniąc w ten sposób swoje odzienie przed pochlapaniem krwią.

Kury przypominające tym swoim gdakaniem i bezsensownym bieganiem mało rozgarnięte przekupki ginęły dość szybko. Trzymane za nogi i skrzydła, sparaliżowane zapewne strachem wywołanym tą sytuacją, potulnie pozwalały ułożyć swoje głowy na pachnącym daleką wolnością podkładzie kolejowym. Jedno uderzenie siekierą oddzielające głowy od reszty ciała kończyło i ich życie i cały spektakl. Jeśli okoliczności tak się ułożyły i trzeba było zabić więcej kur, te już bez głowy biegały jeszcze przez chwilę po podwórku ochlapując swoją posoką nie tylko szwele, na których pozbawiono je życia, ale i piach podwórka. Od garnka, w którym stawały się obiadem dzielił je już tylko ceber z gorącą wodą poprzedzający oskubywanie z piór.

Kaczki, przypominające mi z kolei tym swoim kołysaniem się z boku na bok, kiedy dreptały po podwórku oczekując na swoją egzekucję, chłopki wędrujące na targ, ginęły inaczej. Pochwycone przez dziadka lądowały w mocnym uścisku albo pod jego pachą, albo między kolanami. Celem egzekutora i zarazem swoistym kresem ich życia były czubek kacze głowy.

Dziadek starannie wyskubywał z nich drobne piórka odsłaniając cienką skórę, pod którą pulsowały naczynia krwionośne. Ptasia panika, trzepot przerażonego serca, zwiększały przepływ krwi ułatwiając tym samym zadanie dziadkowi.

Cienki ostry nóż przecinał skórę i rozrywał umieszczone żyły i tętnice. Dziadek przechylał ptaka tak by wyciekająca z niego krew trafiała do owego fajansowego kubka z octem. Życie kacze kończyło się wolno, niemalże dostojnie, jakby chcąc podkreślić większą utylitarność kaczek, ich przewagę nad kurami, bo ta kacza krew, stanowić będzie podstawę zupy – czerniny. Może to i śmieszne, wszak nie mam oporów przed zjadaniem mięsa, mając świadomość skąd się ono wzięło na moim talerzu, a owej zupy żadna miarą przełknąć nie mogę. Do końca dni moich czernina kojarzyć mi się będzie z Kruszwicą.

   Druga wojna, o której wspomniałem nim na chwilę przenieśliśmy się na podwórko przy Fabrycznej, odcisnęła swoje piętno także i na rodzinie Szablewskich. Najmłodszy syn Szczepana Sylwester i najstarsza córka – Zofia (moja mama) trafili na roboty przymusowe. Jak na ironię losu hitlerowski arbeitsamt, mający swój udział w wysyłaniu Polaków na roboty, mieścił się po sąsiedzku, w tym samym budynku – przy Fabrycznej 1. Sylwester trafił wyjątkowo źle – do bauera, gdzie był bity, głodzony i okrutnie poniżany. Zofię hitlerowscy urzędnicy wysłali do Szwarcwaldu, do fabryki amunicji. Wieści z głębi Rzeszy docierały do Kruszwicy niezbyt często i z dużym opóźnieniem, ale Szczepan Szablewski dowiedział się jednak o niedoli Sylwestra. W akcie rozpaczy, ale i heroizmu poszedł mój dziadek na policję i cisnął na biurko hitlerowskiego aparatczyka ów krzyż za rany jaki mu Rzesza zawiesiła w podzięce za krew przelaną. Poskutkowało. Los Sylwestra stał się nieco lżejszy, co nie znaczy, że lekki.

Wojna oszczędziła rodzinę Szablewskich. Przeżyli wszyscy. Wrócił do domy schorowany Sylwester, wróciła i Zofia, a wraz z nią jej poślubiony na obczyźnie Franciszek i ich synek – Brunon. Młodzi małżonkowie szybko wyjechali z Kruszwicy i osiedli w Gdańsku, gdzie i ja przyszedłem na świat.

Moja Kruszwica to miejsce, gdzie spędzałem wakacje, nie tyle u dziadków, bo Szczepan Szablewski zmarł w 1960 roku, gdy miałem osiem lat, co u wujostwa. Młodsza córka Szczepana – Wanda wyszła za mąż za Czesława Staszaka – także Kruszwiczanina. Oboje całe pracowali „w tłuszczach”. Wanda w sekretariacie, a Czesław całe swoje zawodowe życie przepracował jako elektryk. To tacy ludzie jak oni – cisi, pracowici, mieli swój wkład w rozwój miasta, nadawali mu ton, sprawiali, że leniwe nurty codzienności dawały mieszkańcom Kruszwicy tyle zadowolenia i poczucie bezpieczeństwa.

Kruszwica lat 60. i 70. ubiegłego wieku, to właśnie moja Kruszwica. Miejsce ze wszech miar magiczne, inne od Gdańska, który był i jest moim miejscem na Ziemi. Kiedy tuż po rozdaniu świadectw w szkole wsiadałem do pociągu, który ciągnięty przez parową lokomotywę dymił, sapał niemiłosiernie i czasem gwizdał, ale wiózł mnie do Inowrocławia, gdzie miałem przesiadkę na pociąg do Kruszwicy (musiałem na dworcu w Inowrocławiu czekać ponad cztery godziny) wkraczałem do całkiem innego świata. Tam nie tylko, że wszystko wyglądało inaczej. Tam się nawet inaczej mówiło. Te wszystkie: „wej go”, „jo”, „he”, leberki, żożki leżące w kasterkach i być może czekająca na to by ktoś nimi pożogował owe wspomniane wcześniej szwele, jakieś antrejki, ryczki, tytki, sznytki, a czasem skibki chleba, które można było „zmienić” w klapsztule i Bóg wie co tam jeszcze. Magia.

 Moim wakacyjnym kompanionem był mój, ledwie o cztery dni starszy, kuzyn – Leszek. Początkowo naszym terytorium było wspomniane wyżej podwórko przy Fabrycznej, a później, kiedy wujostwo się przeprowadzili, ulica o nazwie Osiedle Robotnicze, tuż przy dworcu PKP. Miasteczko było na tyle przyjazne i bezpieczne, że nie musieliśmy ograniczać się tylko do podwórka. Ulice także były nasze. Wystarczyło obiecać, że będziemy uważać na wodą, bo Gopło było zwyczajnie częścią miasteczka, ale tą groźniejszą.

W przywołanym wcześniej „Wzgórzu Młynarza” tak o tym miasteczku pisałem:

Kruszwica, ta moja wakacyjna niby powtarzalna, a jednak za każdym razem inna, przygoda budzi często we mnie nostalgię. Lubiłem to niewielkie miasteczko, które można było przejść wzdłuż i wszerz w niespełna godzinę. Ludzie tam zamieszkujący pracowali albo w zakładach winiarski, albo w cukrowni, bądź – jak to oni mówili „w tłuszczach” – zakładach produkujących margarynę i olej. Wiecznie senne, żyjące ustalonym przez lata rytmem, którego nic nie było w stanie zaburzyć, nie miało zbyt wiele do zaoferowania nastolatkom. Warzywa od zawsze kupowało się w sklepie „u Bronka”, miejscowym kinooperatorem był niejaki Jaroch, wielbiciel gry w szachy, pocztę roznosił Stachu, a buty naprawiało się u Jacha. Ten totalny brak atrakcji był jednak dla nas zaletą. Zmuszał do rozwijania własnej wyobraźni, tworzenia sytuacji, snucia przeróżnych teorii, jak choćby ta, którą wymyśliliśmy z Leszkiem, moim kuzynem, o pobycie templariuszy w tych okolicach. Na murze kruszwickiej romańskiej kolegiaty odnaleźliśmy znak ryty w kamieniu przypominający, jako żywo te, które czasem pozostawiali ci rycerze zakonni. Szukaliśmy więc skarbów templariuszy, a później tajemniczego przejścia spod Mysiej Wieży na drugą stronę Gopła.

   Centralnym miejscem, wokół którego skupiały się najważniejsze sprawy dnia codziennego był oczywiście rynek z nieczynną już wtedy pompą i przylegającym do niego niewielkim skwerkiem porośniętym srebrnymi świerkami. To tu z Leszkiem polowaliśmy na chrabąszcze. 

Strącaliśmy je na ziemię uderzeniem otwartej dłoni, kiedy fruwały wokół tych świerków, albo łapaliśmy je do pudełek po zapałkach. Tych strąconych na ziemię nie zabijaliśmy. Te złapane do pudełka kończyły swój żywot zalane denaturatem, a później przyszpilone do pudełek, które wcześniej były ich krótkotrwałym więzieniem, i wysychały wystawione na działanie letniego słońca. Myślę, że cierpiały, ale my wówczas nie byliśmy w pełni świadomi naszego okrucieństwa. 

 Przy rynku stał też kościół pod wezwaniem świętej Teresy, to i na msze chodziło się „do Tereski”. Tam na ławkach poprzyklejano i poprzykręcano wizytówki z nazwiskami parafian – znak, że ich właściciele wykupili sobie prawo do miejsca siedzącego. Summa była tą mszą, gdzie prezentowali się światu odziawszy się uprzednio w świąteczne ciuchy pachnące z reguły, zwłaszcza męskie, obowiązkowo czarne, garnitury, naftaliną i skropiwszy hektolitrami wody kolońskiej. Ta piorunująca mieszanina zapachów wzbogacona upalnym, rozgrzany powietrzem w niewentylowanej świątyni, sprawiała, że ja, i nie tylko, bywałem bliski wymiotów. Omdlenia podczas tej długiej mszy były na porządku dziennym.  Nim do tego rynku dochodziliśmy mijaliśmy komendę Milicji Obywatelskiej. Nie wywoływała w nas żadnych skojarzeń czy uczuć – ani dobrych, ani złych. Później obowiązkowo zatrzymywaliśmy się przed witryną zakładu zegarmistrzowskiego i gapiliśmy się na ukryte pod szklanymi kloszami zegary które trzeba było, jak twierdził napis umieszczony tam przez właściciela zakładu, nakręcać tylko raz w roku. Fascynowały nas ich wyeksponowane, ruchome części.

       Naprzeciwko kościoła była, a jakże, knajpa. Nie pamiętam jak się nazywała, ale pewnie nie popełnię błędu, jeśli powiem, że „Piastowska”. Tam pierwszy raz, oficjalnie, wypiłem knajpiany alkohol – miejscowe wino, postawione przez jakiegoś wujka z bocznej linii czy innego pociotka. Obok tego zakład fryzjerski, jakieś pomniejsze sklepiki. Na rogu jednej z ulic odchodzących z rynku i prowadzących w dół, do jeziora, była księgarnia. Inną uliczką dochodziło się do zakładów winiarskich.

Znudzeni zabawą z chrabąszczami wędrowaliśmy z Leszkiem koło tej księgarni, nigdy nie zaglądając do jej wnętrza, albo w okolice Mysiej Wieży, bądź na niewielką wysepkę, Letniskiem zwaną, na końcu której była strzeżona i płatna plaża. Przed sezonem, w maju czy na początku czerwca ta plaża służyła maturzystom miejscowego liceum do świętowania pomyślnie zdanego egzaminu dojrzałości. Wielu z nich tam właśnie straciło cnotę.

Tak jak mówiłem miasteczko nie miało raczej zbyt wielu atrakcji do zaoferowania. Trzeba było zatem te atrakcje samemu sobie organizować. Często chodziliśmy na ryby. Uwielbiałem to. Mogłem godzinami przesiadywać na brzegu jeziora i wyciągać co jakiś czas z wody, o ile tylko dopisywało szczęście, dorodne okonie i płocie.

Podpatrywaliśmy pary, które, zaopatrzone w koc i poczucie wstydu tłumione przez wszechpotężne pożądanie, zmierzały za miasto do pobliskiego lasku niedaleko drogi zwanej „złodziejską”.

Wędrowaliśmy także po parę kilometrów w jedną stronę, by dojść do ogródków działkowych. Dziś stoją tam osiedla mieszkaniowe. Kruszwica się rozrosła. Bardzo. Tam, na działce należącej do wujostwa objadaliśmy się porzeczkami, na które miejscowi mówili „świętojanki”, i najchętniej jeszcze zielonym, kwaśnym agrestem. Te świętojanki w zdecydowanej większości trafiały do miejscowej winiarni, zasilając skromne budżety domowe szczęśliwych użytkowników tych spłachetków urodzajnej kujawskiej ziemi. Może były podstawowym surowcem do produkcji ponoć świetnego Vinum Bonum (jednego z trzech gatunków produkowanych tu wtedy win). Nie wiem – byliśmy zbyt mali by to sprawdzić, a kiedyśmy z Leszkiem nieco podrośli, to jakoś nie było ku temu okazji. 

Później, i to dość szybko, pojawiał się problem - jak dojść do domu pokonując te dwa, trzy kilometry, kiedy pektyny, a pewnie i błonnik, zrobiły już swoją robotę i jelita postanowiły w związku z tym pozbyć się ich. Nie można opisać męki, kiedy nagle w tym szybkim marszu do domu musi się przystanąć i mocno zewrzeć pośladki, bo inaczej odczuje się co prawda ulgę, ale ceną będzie niewyobrażalny i niemożliwy do ukrycia wstyd, bo ogłosi się urbi ot orbi: nie doniosłem! 

    Kruszwica, jako się rzekło, to był dla mnie inny, odmienny świat. U siebie, w Gdańsku, miałem do dyspozycji rozległą tkankę miasta, mroczne tajemnice parków i fortów napoleońskich, plątaninę ulic, po których już wówczas odbywał się ożywiony ruch samochodowy. Tu zaś, w tym historycznym miasteczku na Kujawach, furmanka była jeszcze częstym i zwyczajnym widokiem. U siebie w domu miałem ciepłą wodę na zawołanie i kąpiel na życzenie. Tu kąpano się raz w tygodniu, oczywiście w sobotę, bo ciepłą wodę do kąpieli uzyskiwało się rozpaliwszy uprzednio w łazience całkiem sporych rozmiarów nie tyle piec, co kolumnę grzewczą na węgiel przynoszony z piwnicy, w której od czasu do czasu pomieszkiwał przyniesiony z rynku kogut nim stał się niedzielnym obiadem.  Łazienka zmieniała się wówczas w saunę i domownicy co i rusz sprawdzali, czy kąpiący się nie zasłabł w tym tropiku. W tygodniu wodę do utrzymania higieny grzało się w czajniku lub garnku, a myliśmy się w emaliowanej miednicy.

Dla mnie ten wakacyjny miesiąc to był pobyt w egzotycznym, fascynującym swoją odmiennością świecie, któremu przyglądałem się okiem nastoletniego badacza-obserwatora, mając jednocześnie świadomość, że nim ów miesiąc minie wrócę do siebie, do innego, bardziej cywilizowanego i chyba przez to lepszego świata, jak głupio wówczas myślałem.

Dziś tej Kruszwicy i tych ludzi już nie ma. Miasteczko, teraz już chyba miasto, się rozrosło, na cmentarzu przy Kolegiacie blakną napisy na grobach Szczepana i Sylwestra Szablewskich, Czesława i Wandy Staszaków. Kujawskie Zakłady Przemysłu Tłuszczowego to dziś ZT Kruszwica SA (wyroby nadal co najmniej tak samo dobre), Cukrownia też już nie ta, ale ma się dobrze, a Winiarnia – tej chyba już nie ma. Z ostatniego pobytu, krótkiego, przed paru laty pamiętam, że i Gopło „już nie takie”. Wyraźnie umiera. Pewnie powinienem znów tu zawitać na nieco dłużej niż naście godzin, ale… To strach przed konfrontacją wspomnień, miejscami wyidealizowanych, z rzeczywistością. Jak śpiewał Bułat Okudżawa: „Co było, nie wróci i szaty rozdzierać by próżno. Cóż każda epoka ma własny porządek i ład, a przecież mi żal…”

MOJA KRUSZWICA    

 

Copyright © by Krzysztof Piotr Łabenda, 2016

Share on Google Plus

About Admin

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz