Córka Henryka Makowskiego również walczyła w Powstaniu Warszawskim

Jedną z kruszwiczanek, która 1 sierpnia 1944 chwyciła za broń była Władysława Jędrzejewska córka znanego właściciela winiarni Henryka Makowskiego. 

 

Nasza rozmówczyni sprawia wrażenie osoby cichej i spokojnej. Nikt z nas nie podejrzewał, że kiedyś szalała w niej burza. Pełna uczuć, przez wiele lat próbowała stłumić w sobie rozpacz, gorycz, rozczarowanie, nieufność, zwątpienie i utratę wiary w ludzi. Nauczyła się zastępować te złe emocje, pozytywnymi odczuciami. Mawia, że ważne, aby w życiu się nie zasmucać. Ta dewiza towarzyszył jej przez całe życie, pozwalała jej przetrwać okupację i system socjalistyczny.

Bohaterka, Władysława Jędrzejewska, po wielu latach milczenia postanowiła podzielić się z nami niezwykłą historią. Prosiła, abyśmy zrobili coś dla niej, zachowali pamięć o jej walecznej rodzinie. Osiemdziesięciolatka, która tak pięknie mówiła o ojcu, matce, braciach i towarzyszach broni przez skromność nie powiedziała o tym, abyśmy również ją zapamiętali. My będziemy pamiętać o rodzinie Makowskich, będziemy także pamiętać o dziewczynie z grupy artyleryjskiej „Granat”. Młodej sanitariuszce, która poświęciła młodość dla walki z okupantem i pięknej idei wolnej Polski.

Jej grupa chwyciła za broń w Godzinie „W”. Jak twierdzi pani Władysława nie mieli jej za dużo. Nazwa jej oddziału wzięła się stąd, że żołnierze szli w bój, często uzbrojeni tylko w jeden granat lub butelkę z benzyną. Mówiła, że jej oddział stawał zawsze w pierwszej linii do walki. Nic w tym dziwnego V Obwód, na którym przyszło im walczyć był jednym z najtrudniejszych rejonów walk. Mokotów obsadzony był najliczniejszą ilością żołnierzy niemieckich. Pod względem wojskowym teren bardziej sprzyjał Niemcom. Zajmowali oni ważne budynki w dzielnicy. Posiadały one doskonale rozwinięte, wcześniej wybudowane umocnienia (bunkry, zapory, gniazda ogniowe i stanowiska snajperskie). Niemal na całym obszarze Niemcy mieli możliwość oddziaływania ogniowego z broni maszynowej, artylerii polowej, artylerii ciężkiej, broni pokładowej wozów bojowych itp. Można sobie wyobrazić, jak wielką odwagą musiała posiadać pani Władysława idąc w bój.

W chwili wybuchu powstania, żołnierze AK liczyli, że walki potrwają parę dni. Myśleli, że z pomocą ruszy Polska Armia ulokowana za Wisłą. Niestety dni zmieniły się w tygodnie, a walka wyzwoleńcza przekształciła się w rzeź. Mokotów stał się mogiłą wielu jej kolegów. Sanitariuszka opowiadała, że dzień należał do Niemców i wtedy odbijali zajęte wcześniej przez powstańców siedziby. Za to noc należała do powstańców. Bywało tak, że odbijali w kółko te same budynki.

Pewnego razu, dowódca jej oddziału, zdruzgotany brakiem amunicji, pożywienia i dodatkowo chorobą dużej części oddziału zapytał ją: co robić? - odrzekła, że pójdzie i opowie dowództwu o sytuacji. Kiedy przedarła się do dowódcy, opowiedziała o krytycznym stanie swojego oddziału i poprosiła o rozkaz opuszczenia budynku. Dowódca nie udzielił zgody, kazał się bronić. Powiedziała wtedy, że nie wykona rozkazu, nie przekaże wiadomości swoim chłopcom, po czym rozpłakała się i ukryła. Jeden z adiutantów, jak sądzę przekazał dokładne dane o stanie miejsca i schorowanych żołnierzy. Dowódca zmiękł. Podporucznik popędziła do swoich i kazała spalić budynek, oddział się wycofał.

Przykład wskazuje, jak ciężko było walczyć na Mokotowie. Nie może jednak dziwić, że młodzi pragnęli walczyć. Ciągłe łapanki, rozstrzeliwania, wywózki do obozów, głód i niewola, trzeba się temu było sprzeciwić. Ojciec, Henryk Makowski zastanawiał się – co wy robicie, zrobią z wami to samo co z gettem, spalą całą Warszawę, ale córka wiedziała, że tylko walcząc mogą oswobodzić ukochane miasto.

Sanitariuszka zajmowała się nie tylko rannymi, do jej zadań należało także przygotowanie posiłku, budynku do zamieszkania i zdobycie ubrań (nawet roboczych, ze zdobytej fabryki). Dbała o zdobywanie żywności i wody. Choroba, o której wcześniej opowiedziała spowodowana była Dezyderią, gdyż pili wodę z wanny. Kapitan, który kazał trwać i nie wycofywać się miał na imię Stefan.

Żołnierze walczyli przez 63 dni z lepiej uzbrojonym i liczniejszym przeciwnikiem. Brak w uzbrojeniu i wyszkoleniu spowodowały niepowodzenie w pierwszym okresie walki. Mimo to walczyli, chociaż jak twierdziła pani Władysława, wiedzieli, że sprawa jest beznadziejna. Rozmówczyni na długo wymazała z pamięci tamte wydarzenia. Jednak dziś opowiadała, tak jakby ten dramat odbywał się wczoraj.

Pamiętała, jak trafiła do obozu, a także jak jechała w wagonach bydlęcych. W obozie pełno było robactwa. Panował głód. Niemcy schwytali ją, ponieważ nie zdążyła wejść do kanałów. Pamiętała również w panice uciekających Niemców. Pamięć naszego gościa jest niesamowita. Jesteśmy pełni zachwytu dla jej opowieści.

Pani porucznik, na zakończenie spotkania powiedziała, że w jej sercu zawsze była Kruszwica. 

Grupa Artyleryjska Granat była częścią 4 rejonu V Obwodu, która walczyła na Mokotowie. Spośród 520 żołnierzy podczas powstania zginęło 230, z czego 90 dostało się do obozów koncentracyjnych. Powstanie przeżyło 160. W uznaniu zasług Komenda Główna AK odznaczyła żołnierzy G. A. Granat:

 

10 Krzyżami Virtuti Militari,

43 Krzyżami Zasługi z Mieczami (złotymi, srebrnymi i brązowymi),

69 Krzyżami Walecznymi, w tym sześcioma dwukrotnie.

Opracował ze słuchu i notatek: Bartłomiej Grabowski.

Share on Google Plus

About Admin

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz